Moje doświadczenie Mi Dor Le Dor


Klaudia Siczek

Opuściłam Chicago i wylądowałam na lotnisku Chopina w Warszawie w połowie października 2014 roku. Po odebraniu bagażu, w drodze do wyjścia, ujrzałam imponujące kolorowe reklamy promujące uroczyste otwarcie wystawy głównej Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN. "To projekt mojego dziadka!" pomyślałam, pełna dumy. W drodze do domu moich dziadków zobaczyłam kolejną reklamę na szczycie budynku i pomyślałam: "Wow, to nie jest małe, zwykłe muzeum." Kilka dni po przyjeździe moi dziadkowie zabrali mnie do opery na Kupca Weneckiego. Przed wyjściem przeczytałam streszczenie. Moją uwagę zwrócił obecny w nim element antysemityzmu. "Co za zbieg okoliczności" pomyślałam. Podczas antraktu zobaczyłam wystawę w sali bocznej zatytułowaną Sportowcy żydowscy w Polsce. "Kolejny znak” pomyślałam.

Dopiero po tym trzecim zbiegu okoliczności zdałam sobie sprawę, że nie są to tylko przypadkowe znaki. Do momentu przyjazdu do Polski nie miałam pojęcia, jak ogromny wpływ muzeum ma zarówno na kulturę i opinię publiczną w Warszawie, jak i na kulturę i życie publiczne w Polsce, które przyczyniło się do jego powstania. Jest to częściowo spowodowane faktem, że amerykańskie media niewiele miejsca poświęciły temu tematowi, a także dlatego, że dopiero na krótko przed przyjazdem do kraju moich rodziców i dziadków zajęłam się tematyką polsko-żydowską. Jestem wnuczką Mariana Turskiego i Haliny Paszkowskiej, ale wychowałam się na przedmieściach Chicago, gdzie moja żydowska „połowa” nie była tak naprawdę dla mnie ważna. Przez większość mojego życia wszystko co związane z Polską, z historią (zwłaszcza żydowską) były dla mnie po prostu odległe. Gdy dorastałam, moje priorytety były ograniczone do bycia zaakceptowaną przez grupę przyjaciół Christine i Cathy. Sadziłam, że najlepiej będzie zbytnio się nie wyróżniać. Kiedyś myślałam: "Jeśli będę bardziej  amerykańska, będę dla nich fajniejsza, a one mniej nieprzyjemne dla mnie." Dlatego też akcent moich rodziców, ich kuchnia i zainteresowania były całkowicie nie do przyjęcia dla mnie i nie chciałam mieć z nimi nic wspólnego. Doprowadziło to do dziesięciu lat skupienia się na teraźniejszym życiu a nie interesowaniu się historią mojej rodziny. (Na marginesie chciałabym dodać, że nadal jestem żywo zainteresowana metodami jak uczynić złośliwe dzieci mniej złośliwymi).

W końcu przyszedł czas, kiedy zaczęłam bardziej interesować się swoimi korzeniami. Miałam kilka okazji do kontaktów polsko-żydowskich w Chicago, ale nadal byłam bardziej obserwatorem niż uczestnikiem. Mimo że zaczęłam zadawać moim dziadkom więcej pytań, często nie miałam wystarczającej wiedzy, aby zrozumieć kontekst odpowiedzi.

Jesienią ubiegłego roku, postanowiłam przenieść się do Polski na czas nieokreślony. Nie miałam wtedy jeszcze planu co będę robić. Wiedziałam, że chcę być bliżej moich dziadków i doświadczyć czegoś nowego.

Jestem bardzo wdzięczna, że kilka tygodni po moim przyjeździe otrzymałam szansę dołączenia do grona uczestników Mi Dor Le Dor - programu prowadzonego przez fundację Centrum Taubego Odnowy Życia Żydowskiego w Polsce, którego celem jest kształcenie przyszłych edukatorów, przewodników i ambasadorów życia polsko-żydowskiego w Polsce. Spotykaliśmy się regularnie, aby przedyskutować, to co przeczytaliśmy, zaprezentować projekty; aby spotkać się z myślicielami i ludźmi tworzącymi społeczność polsko-żydowską; oraz aby poznać miejsca istotne dla historii żydowskiej w Polsce. Dzięki temu programowi miałam dostęp do wiedzy, artykułów, których w innym wypadku nigdy bym nie przeczytała; słuchałam wykładowców,  których nie miałabym okazji usłyszeć; i widziałam murale, których nigdy bym nie odkryła.

Nie wspominając, że dzięki temu programowi nawiązałam moje pierwsze warszawskie przyjaźnie!


Jednym z moich ulubionych projektów wykonanych z ramach Mi Dor Le Dor był projekt "narracja". Każdy z nas miał losowo przydzieloną postać polskiego Żyda, na którego temat przeprowadzał kwerendę. Historia tej postaci miała być wpleciona w potencjalne zwiedzanie Warszawy przez amerykańskich studentów. Mieliśmy przedstawić historię tej osoby w kontekście historii Polski i wybrać miejsce w Warszawie lub Krakowie, istotne dla tej osoby, gdzie moglibyśmy hipotetycznie się zatrzymać i wykonać prezentację.

To był świetny projekt i ćwiczenie z kilku powodów. Przede wszystkim dlatego, że ja absorbuję historię znacznie lepiej, gdy jest opowiedziana poprzez dzieje życia konkretnej osoby, a nie poprzez wydarzenia historyczne i myślę, że podobnie może dziać się w przypadku zwiedzających. Po drugie, to ćwiczenie pomogło nam zrozumieć różne perspektywy patrzenia na historię, których normalnie moglibyśmy nie doświadczyć, ponieważ studiowaliśmy postać wcielając się w nią i patrząc jej oczami.


W moim przypadku tą postacią był Chaim Zelig (Słonimski), o którym wiedziałam niewiele, i z którym, szczerze mówiąc, początkowo nie czułam się związana (jestem artystką, on naukowcem, więc myślałam, że mówimy bardzo różnymi językami). Uwielbiam prezentację myśli, a myśl o prowadzeniu tej hipotetycznej wycieczki (prowadziłam wycieczki w Chicago) była dla mnie ekscytująca, więc pomimo moich początkowych skrupułów, zagłębiłam się w jego historię. Okazało się, że ten naukowiec był także pisarzem,  a także że urządzenie, na którego projekt wpłynął, znajduje się w Muzeum Techniki w Pałacu Kultury i Nauki (gdzie jest także pokazywany samochód wykonany przez mojego innego dziadka) i ze starał się uczynić naukę otwartą dla mas. Studiując wiedzę na jego temat, dowiedziałam się dużo o historii XIX wieku w kontekście żydowskim, było to intelektualnie stymulujące przeżycie, którego inaczej prawdopodobnie bym nie doświadczyła.


Im dłużej jestem w Polsce, im więcej spotkań mam w ramach Mi Dor Le Dor, tym więcej rodzi się pytań do moich dziadków. Chociaż pytania stają się trudne, jestem w stanie lepiej zrozumieć odpowiedzi. Z każdą odpowiedzią rośnie zrozumienie - między mną a dziadkami, a także między polsko-żydowską przeszłością i teraźniejszością.

A większe zrozumienie jest tak naprawdę najważniejszą sprawą.